Relacja z Mazur

 

Tropię korzenie nie tylko palcem po mapie. Wszystko co robię w teorii lubię sprawdzać w praktyce. Zapraszam na Mazury.

Muszę na wstępie wspomnieć, że tym razem moje tropienie nie miało charakteru typowo historycznego. Nie było zwiedzania zabytków i spotykania się z krewnymi. Może dlatego, że potencjalni krewni o których pisałem w artykule pt. „Tropy mazurskie” już dawno na Mazurach nie mieszkają. Tym razem zabiorę Was w podróż do miejsc. Nie będą to miasta, ale raczej przyroda i przepiękne krajobrazy. Na Mazurach byłem po raz pierwszy, ale zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Zupełnie przypadkiem okazało się, że łącznie spędziłem tu w tym roku aż 3 tygodnie. Najpierw na 2-tygodniowym kursie żeglarskim, gdzie mogłem zobaczyć tłoczne Mazury w trakcie sezonu, a następnie zobaczyłem te same miejsca z zupełnie inne strony. Po sezonie, praktycznie bez ludzi, powoli zasypiające i przygotowujące się do zimy.

Mazury choć piękne to wisi nad nimi jakieś fatum. Najpierw zostali poddani eksterminacji średniowieczni Prusowie, potem epidemia dżumy doprowadziła do zmniejszenia populacji o 1/3, następnie nastąpiły wojny i tereny przechodziły tu z rąk do rąk. Niemcy Mazurów uważali za Polaków, a potem gdy nastała Polska, Polacy uważali Mazurów za Niemców. To doprowadziło do tego, że Mazurzy po II wojnie światowej w wyniku różnego rodzaju szykan zaczęli uciekać z tej pięknej ziemi. Będąc tu uświadomiłem sobie jak wiele jest miejsc w naszym kraju gdzie historia naprawdę była bolesna. Gdzie w wyniku różnych zawirowań całe społeczności musiały cierpieć, nie tylko od wrogów i najeźdźców, ale także od, o ironio, swoich. Tego smutnego wątku nie miało tutaj być, ale nie sposób pisać o miejscach nie wspominając o historii.

Teraz będzie o przyrodzie, która nie ma przecież narodowości.

Dwa tygodnie kursu żeglarskiego spędziliśmy na tłocznej północy. Pogoda była wspaniała. Chociaż czasami niebo było zachmurzone, a nawet zdarzył nam się dzień deszczowy to mogliśmy w pełni cieszyć się pięknem mazurskiej przyrody.

Cisza przed burzą. Na szczęście okazało się, że to jedynie strachy na lachy.

To nie pomyłka, a tydzień na zakończenie mojego pierwszego sezonu pod żaglami. Miało być nas 6, a… było nas trzech w każdym nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel…


W końcu udało nam się dopłynąć na południe.

Zamordeje znajdują się najdalej na południe gdzie udało nam się dopłynąć. Jakoś nam się ta nazwa spodobała. Potem zawróciliśmy na północ

Każdy ma taki żagiel na jaki zasłużył. Ten pan wyczyniał cuda ze swoim kitem.

Kiedy wydawało się, że podczas rejsu nie zejdziemy na dłużej na ląd przycumowaliśmy do małej przystani.

Właściciela przystani nie znaleźliśmy, jedynie porzuconą przez niego starą łajbę oraz nieczynną gorzelnię. Cóż za strata.

Okazało się, że znaleźliśmy się w osadzie o ciekawej nazwie Pierkunowo. Nazwa ta pochodzi od pruskiego bóstwa – Perkuna. Nie bez przyczyny nazwa brzmi łudząco podobnie do słowiańskiego Peruna. Był to właśnie pruski odpowiednik Peruna.

Wszędzie ciągną się pola i morenowe wzgórza. Krajobraz w którym można się zatracić i zapomnieć o szarej codzienności. Chwilę potem przejechał tędy, zostawiając za sobą tumany kurzu, Mini Cooper. Jakoś nie pasował do tego krajobrazu.

Nawet mała miejscowość gdzieś pośrodku Mazur może być urokliwa.


Dzień powoli się kończy, nasz rejs także.

Dzielny s/y Hey Joe wytrzymał cały sezon i rejs z nami. Pomimo paru usterek mechanicznych spowodowanych trudami sezonu jacht bezpiecznie dopłynął do portu.

Mazury to był bardzo dobry wybór. 3 tygodnie, które tutaj spędziłem ze wspaniałymi ludzmi na długo pozostaną w mojej pamięci. Wzgórza morenowe oraz piękna okolice aż proszą się o to żeby następnym razem oprócz żeglowania również przyjechać tutaj z rowerem. Ja właśnie odkryłem kolejną miłość i zakochałem się w Mazurach i żeglarstwie. Ahoj!