Żeby żyć trzeba jeść czyli o potrawach przodków

W poszukiwaniu korzeni badam również wszelkie sprawy związane z życiem codziennym. Żeby żyć trzeba jeść. Dlatego dzisiaj będzie o moim ulubionym temacie: jedzeniu.Aby zacząć pisać o jedzeniu muszę napisać nieco o moim podejściu do jedzenia. Otóż kocham dobrze zjeść, być może nie wyglądam, ale to prawda. W moich podróżach spróbowanie lokalnych przysmaków to żelazny punkt programu. Nie zawsze tak było. Choć trudno w to uwierzyć to w dzieciństwie byłem niejadkiem. Totalnym niejadkiem. Kromka chleba nadawała się do zjedzenia dopiero wtedy gdy pozbyłem się skórki, którą wpychałem bratu. Czasem znalazł się jakiś pies, który ze mną miał prawdziwy raj. Innym razem skórki były chowane gdzieś, np. za kuchenką. Mama nie miała ze mną lekko, a brat jakby przybierał na masie od tych skórek. Pamiętam też doskonale kiedy miałem do zjedzenia zupę. Tak długo ją męczyłem, że głowa opadała mi bezwładnie, do momentu jak nie wylądowała w talerzu z zupą. Na szczęście nadszedł czas przemiany. Rodzice wysłali mnie na pierwsze kolonie. Tam, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zacząłem jeść normalnie. W zasadzie nie wiem co się stało. Być może to świeże, nadmorskie powietrze obudziło we mnie skrywaną miłość do jedzenia.  Ostatecznie winowajcą mogły być niewielkie porcje. Prawdopodobnie na sukces złożyło się wiele czynników, a budżet domowy już nigdy miał nie być taki sam.

Ciekawa pozycja historyczno-kulinarna znaleziona przypadkiem w bibliotece
Ciekawa pozycja historyczno-kulinarna znaleziona przypadkiem w bibliotece

Przejdźmy nieco bardziej w kierunku genealogicznym. W uproszczeniu moje korzenie mogę podzielić na 2 części: po mieczu – historyczna Wielkopolska, po kądzieli – Podole.
Jak wspominałem na wstępie, niegdyś niewiele było jedzenia, które mi smakowało, obecnie niewiele jest, które mi by nie smakowało. Wyróżnić mogę za to dwa ulubione: pierogi ruskie oraz kluski z roladą.

Z pierogami ruskimi nie ma problemu, inaczej zwane galicyjskimi były popularne na Kresach i Ukrainie. Zatem moja miłość do pierogów zapewne wynika z genów odziedziczonych po mamie. Przez całe życie mama zajmowała zasłużone pierwsze miejsce jeśli chodzi o najlepsze pierogi. Dopiero przyszła teściowa Ewa ją zdetronizowała i kołobrzeskie pierogi są najlepsze na świecie. Okazuje się, że pierogi także są związane z Opolszczyzną, a nawet mają swojego świętego! Otóż w Kamieniu Śląskim (niespełna 10 kilometrów od mojego rodzinnego domu) w 1183 roku urodził się Jacek Odrowąż, późniejszy dominikanin, kaznodzieja, historyczny patron Polski oraz święty kościoła katolickiego. Zwany był także świętym Jackiem z Pierogami (od tego, że miał karmić Krakowian pierogami podczas najazdu tatarskiego), a jego dzień przypada na 17 sierpnia. Zatem do kalendarza zapisuję i na pewno będę pamiętać.

Druga potrawa jest nieco skomplikowana, bo mieszkając na Śląsku Opolskim występują kluski śląskie, rolada i modra kapusta. Oczywiście uwielbiam. Pytanie gdzie tu Wielkopolska? Otóż w Wielkopolsce rolady to zrazy, a kluski święcą triumfy i są robione na wiele sposobów, a modra kapusta występuje także. Dodatkowo zamiast zrazów może występować pieczona kaczka z jabłkami. Wszystko się zgadza. Połączeniem kuchni wielkopolskiej i kujawskiej, na styku tych regionów na których znajduje się gniazdo rodziny ojca –  Sypniewo, jest gzik. Jest to połączenie twarogu rozrobionego ze śmietaną oraz szczypiorku i rzodkiewki. Danie to podawane razem z ziemniakami w mundurkach nosi nazwę pyry z gzikiem. Oczywiście pyry z gzikiem zostały przeze mnie przyrządzone i zjedzone. Polecam.


To dopiero początek odkrywania tego co jadali moi przodkowie. Być może powstanie z tego mała książka kucharska. Na pewno będę chciał spróbować jak najwięcej potraw.